Krzysztof Wałecki
STARE DZIEJE...
Przyszedłem na świat tak dziwnie - na raty, zacząłem się rodzić na starej baszcie w Kazimierzu nad Wisłą, a skończyłem w szpitalu w Puławach. Moi Rodzice zajęci byli swoją inżynierską robotą przy budowie dróg i mostów w całym socjalistycznym kraju. Jak Cyganie przemieszczali się z miejsca na miejsce, a ja z nimi. Nie byłem jedynakiem - mój brat Piotr był pierwszy, urodził się cztery lata wcześniej w Katowicach.
Od kiedy pamiętam interesowała mnie muzyka i wszystko co piękne (w tym jedna z moich nauczycielek). W naszym domu stało stare pianino, na którym niegdyś grała moja Mama. W czasach studenckich Mama występowała w “Zespole Pieśni i Tańca” Politechniki Warszawskiej, miała więc w swoim życiu dużo do czynienia z muzyką. Ojciec, gdy był jeszcze chłopcem śpiewał we wspaniałym chórze pana Stuligrosza "Poznańskie Słowiki". Były to o wiele lepsze czasy dla tego chóru niż obecnie. Obydwoje rodzice mieli jakąś muzyczną przeszłość, jeśli jednak myślicie, że pomogli mi w mojej edukacji muzycznej i późniejszej karierze, to powiem krótko: nic z tych rzeczy! Z jakichś niezrozumiałych dla mnie względów, byli negatywnie nastawieni do mojej potrzeby muzykowania. Mimo to walczyłem o swoje i gdy skończyłem 9 lat rozpocząłem naukę gry na fortepianie w przyszkolnym ognisku muzycznym. Ognisko było obskurne i nudne, a pani od fortepianu równie brzydka i też nudna, wytrzymałem tylko rok, bo czułem, że niedługo sam zacznę wyglądać jak ta świetlica. Twardy gówniarz byłem i nie zaprzestałem nauki gry. Zamiast na fortepianie uczyłem się grać na gitarze. Zafascynowała mnie też perkusja, ale w tamtych czasach nie miałem akurat dostępu do żadnych bębnów.
Kiedy miałem 13 lat, mój starszy brat założył zespół muzyczny "Hell", w którym miałem grać na basie. Stało się inaczej - miejsce basisty zajął ktoś inny, a ja zostałem gitarzystą solowym - nie powiem, że mi się to nie spodobało. Na początku sprzęt był, delikatnie mówiąc, beznadziejny, ale liczyło się granie - nawet na byle czym (i często byle jak) jednak z czasem udało nam się dostać do warszawskiego klubu "Oczko" na Ochocie. Tam to już był cały sprzęt z prawdziwego zdarzenia i zaczęło się robić poważnie. Mimo wszystko miałem wciąż ochotę na eksperymenty muzyczne. Udało mi się, nie wiem już nawet skąd, pożyczyć starą perkusję, na której ćwiczyłem w domu - maksymalny dramat dla sąsiadów. Wszyscy mieszkańcy mojego bloku mnie poznali, a większość zdążyła znienawidzić za to, co im na tej perkusji robiłem. Co prawda w tym samym bloku mieszkało jeszcze kilku młodych grających zapaleńców, ale największą "sławę" i związane z nią zasłużone "zaszczyty" zdobyłem jednogłośnie. W tym czasie nasz zespół rozwijał się, wygrywał konkursy i przeglądy amatorskie. Grał na różnych występach i zyskał z czasem można powiedzieć dość wysokie notowania w środowisku warszawskich kapel rockowych.
Już wtedy ocierałem się o sławę, w miejscu gdzie spędzałem prawie każde wakacje - w Lublinie i Świdniku. W jednym z tamtejszych klubów miały próby naprawdę dobre zespoły. Chodziłem tam, aby ich posłuchać. Nie raz stałem i słuchałem z otwartą buzią. Widziałem i spotykałem świetnych muzyków i na prawdę wiele się od nich uczyłem. Jeden z tamtejszych zespołów robił właśnie wielką karierę, wiecie, o kim mówię - to była Budka Suflera.
Gdy miałem 15 lat mój ojciec znalazł sobie robotę w Afryce - na stałe. Najpierw w Kongo, a potem w Nigerii. Ja zostałem w Polsce, w Warszawie. Podstawówkę skończyłem jak trzeba i rozpocząłem naukę w Zespole Szkół Technicznych na Okęciu - miałem być mechanikiem lotniczym - totalna porażka - chociaż szkołę skończyłem. Na moje szczęście zbyt mocno wciągnąłem się w muzykę.
Zespół mojego brata "Hell" rozpadł się, a ja dalej funkcjonowałem gdzie się da jako muzyk. W tym czasie zaangażowałem się w dwa projekty - pierwszy z nich to zespół Państwa Włodarków, wykonujący coś w rodzaju kabaretu i mieszaniny polskiej muzyki ludowej oraz amerykańskiego country. Korzenie tego zespołu sięgały jeszcze wspaniałej "Grupy Pana Antka" (późniejsi Syrbacy). Nagrywaliśmy dla Polskiego Radia.
Z państwem Włodarkami jeździliśmy do wielu miast. Koncerty organizowało PSJ, a naszymi menadżerami byli pan Byk i pan Szklarski. Podróżowaliśmy w trasy z takimi zespołami jak: "Aerobus", "Mech",. "Exodus", "SBB". To były wielkie kapele i od nich też się sporo nauczyłem.
Graliśmy koncerty i zaczęliśmy zarabiać pieniądze. Bardzo ich potrzebowałem, wtedy właściwie sam musiałem się już utrzymywać. Chciałem też mieć najlepsze instrumenty, a one kosztowały naprawdę sporo kasy.
Drugi projekt, w który się wkręciłem to zespół grający na zabawach wiejskich. To było prawdziwe przeżycie. W remizie strażackiej też jest potrzebna muzyka. Miałem 17 lat i grałem z dużo starszymi od siebie klezmerami. Jeździliśmy co tydzień na dwie lub trzy takie imprezy. Dostałem tu prawdziwą szkołę. Miałem jednak swoje cele, marzenia i chciałem je realizować. Marzyłem o tworzeniu własnej muzyki i zebraniu swojego zespołu. Potrzebowałem do tego przede wszystkim dobrych muzyków, a dla takiego gówniarza w moim wówczas wieku, nie było to proste. Oni wszyscy byli dużo starsi i nikt nie traktował mnie poważnie. Trzeba było się jeszcze dużo nauczyć, i trochę poczekać... no i wtedy naprawdę się zawziąłem.
Dostałem propozycję gry na perkusji od pewnego big bandu. Zagrałem z tym zespołem jeden koncert, a potem big band się rozpadł. To był jedyny koncert w życiu, gdy wystąpiłem w roli perkusisty.
MNIEJ STARE (ALE WCIĄŻ STARE) DZIEJE...
PRZYSZEDŁ CZAS... NOWY CZAS...
|