strona główna

NIE TAK DAWNO...


6 kwietnia 2010

Pewnego dnia dostałem propozycję od pana Kuleczki. Miałem grać na gitarze i śpiewać w jego zespole "Person". Bardzo chciałem wrócić do muzyki. Wcześniej wystąpiłem w warszawskiej Stodole z zespołem "Delator", ale oni się zaraz rozsypali. Z "Personem" nagrałem dwie, moim zdaniem nieudane, płyty w ciągu trzech lat. Wreszcie poczułem siłę i znów chciałem występować jako "Sapo". Rozpocząłem próby. Zespół był fajny, ale nie dość dobry. Brakowało mi tu oddanych artystów. Mimo to kilka koncertów, które zagraliśmy, bardzo się wszystkim podobały. Zawsze wiedziałem, że "Sapo" to jest to. Nagraliśmy w Izabelinie singla. W niektórych stacjach radiowych, mimo mocno rockowego charakteru, moje numery były często puszczane. Niestety, ekonomia nie pozwoliła na dalsze funkcjonowanie zespołu. Każdy potrzebował pieniędzy, musiał gdzieś pracować, a jeden nawet handlował na bazarze. Z pewnym żalem musieliśmy się rozstać.

Zanim jednak wróciłem do tworzenia "Sapo" i przez cały ten czas, współpracowałem z Jarkiem Pruszkowskim i jego zespołem "Cana". Nagraliśmy w Izabelinie kilka świetnych utworów. To był zespół, który "wisiał w powietrzu", jakby czekał na jakiś znak z nieba. Któregoś dnia przyprowadziłem na próbę swoją koleżankę, Renatę Dąbkowską. Od tej pory ona stała się tu wokalistką. Ja odszedłem, a zespół zmienił nazwę na "Sixteen". Rockowa brać przekształciła swoją twórczość w leciutki pop, ale za to z dobrym skutkiem.

bio8.jpgPewnego dnia spotkałem Żabę, kumpla sprzed kilku lat. To był muzyk wykonujący niegdyś bluegrass ze swoim zespołem "Country Road". On też był obecnie bez pracy. Wymyśliliśmy, że stworzymy akustyczny duet grający bluesa, rock and rolla i country. Absolutnie męski projekt. Gitara akustyczna i gitara elektryczna stanowią taką różnicę, jaka jest między siekierą a piłą łańcuchową. Było to dla mnie spore wyzwanie. Dla osiągnięcia najlepszego akustycznego brzmienia, używaliśmy najgrubszych strun, jakie można było zdobyć. Zaproponowałem, by ten duet nosił nazwę "Country Road", tak jak poprzedni zespół Żaby. Byliśmy fenomenalni. Liczba koncertów ciągle rosła, a ludzie opowiadali o nas legendy. Nasze koncerty traktowaliśmy swobodnie i byliśmy dowcipni. Bawiliśmy się grą, a publiczność bawiła się z nami. Zdarzały się wieczory, podczas których więcej było kabaretu niż muzyki. Napływały olbrzymie ilości zamówień na koncerty z całej Polski. Graliśmy dosłownie wszędzie: małe kluby i duże stadiony, imprezy dla firm i prywatne przyjęcia bogatych ludzi. Zapraszały nas z nasza muzyką prawie wszystkie frakcje polityczne, a nawet witaliśmy Prezydenta Stanów Zjednoczonych, Billa Clintona.

bio7.jpgW międzyczasie otrzymałem zaproszenie do współpracy z jednym z największych polskich zespołów rock and rollowych. Ten zespół to "Oddział Zamknięty". Chcieli bym u nich śpiewał i ja się zgodziłem. Muzyka "Oddziału" była mi bliska i dobrze się tam czułem. Jedynym warunkiem, jaki postawiłem, była możliwość dalszej mojej współpracy z Żabą, którego nie chciałem zostawić na lodzie. Dzięki Bogu jakoś udawało mi się godzić obydwa te projekty. W '96 roku nagrałem z "OZ" płytę "Parszywa Trzynastka", do której napisałem wszystkie teksty. Niezliczone koncerty z "OZ" przynosiły wiele przeżyć i doświadczeń. Każdy z nich był inny i prawie każdy z nich był osobnym sukcesem. We wrześniu 2000 roku, po 5 latach współpracy, postanowiłem odejść z "Oddziału Zamkniętego". Przez cztery lata nie nagraliśmy żadnej płyty, a ja chciałem tworzyć wciąż coś nowego. Nie widziałem tu przyszłości i miałem wrażenie, że zespół jest źle zorganizowany. Pozostało miłe wrażenie tych kilkuset wspólnych koncertów.

 

Zobacz również: